Wiadomości

stat

Kulinarny skok w bok. Czy da się jeść lokalnie i sezonowo?

felieton w trojmiasto.pl

"Do tego dochodzi jeszcze długa zima, która chętnych do wcielania idei sezonowości i lokalności skazuje na jedzenie warzyw korzeniowych i jabłek z piwnicy. I z czasem przychodzi moment, kiedy naprawdę, mimo najlepszych chęci, nie możesz patrzeć na marchew, pietruszkę i brukselkę, a na widok buraka dostajesz dreszczy."
"Do tego dochodzi jeszcze długa zima, która chętnych do wcielania idei sezonowości i lokalności skazuje na jedzenie warzyw korzeniowych i jabłek z piwnicy. I z czasem przychodzi moment, kiedy naprawdę, mimo najlepszych chęci, nie możesz patrzeć na marchew, pietruszkę i brukselkę, a na widok buraka dostajesz dreszczy." fot. Anna Włodarczyk

"Jedzmy lokalnie, jedzmy sezonowo" - jak to ładnie brzmi! Gorzej z wcielaniem w życie tych szczytnych idei. Bo kiedy na początku marca spoglądam na setnego pieczonego buraka, mam ochotę pobiec do sklepu po pęczek najbardziej ordynarnych, pozbawionych smaku rzodkiewek. W poprzednim odcinku cyklu "Trójmiejskie historie kulinarne" pisałam o brzydkich reklamach, które odbierają apetyt, w tym rozliczam się mitami lokalnego i sezonowego jedzenia, zwłaszcza na początku wiosny.



Czy jadasz lokalne produkty?

staram się głównie tak odżywiać 8%
to ważna część mojego menu, ale nie da się jeść tylko lokalnie 39%
staram się, jednak kupuję to, co jest tanie, a nie lokalne 34%
nie wiem, bo nie zwracam na to uwagi 19%
zakończona Łącznie głosów: 210
Zawitałam niedawno do Gdyńskiego Centrum Filmowego na premierę pełnometrażowego dokumentu poświęconego duńskiej restauracji Noma ("Noma. My perfect storm", reż. Pierre Deschamps). Jednym z głównych założeń Nomy był nacisk na sezonowość i dbałość o to, aby składniki potraw pochodziły z obszaru geograficznego, w którym się je przyrządza. Nie brzmi skomplikowanie, prawda? A nie jest to taka prosta rzecz, jakby się mogło wydawać, bo już nawet niewinna kropla oliwy czy soku z cytryny dodana do sałatki w naszej strefie klimatycznej, burzy tę teorię.

Do tego dochodzi jeszcze długa zima, która chętnych do wcielania idei sezonowości i lokalności skazuje na jedzenie warzyw korzeniowych i jabłek z piwnicy. I z czasem przychodzi moment, kiedy naprawdę, mimo najlepszych chęci, nie możesz patrzeć na marchew, pietruszkę i brukselkę, a na widok buraka dostajesz dreszczy (bynajmniej nie podniecenia). Masz wtedy dwa wyjścia: złamać się i sięgnąć po bezsmakowe ogórki albo zacisnąć zęby i upiec kolejną porcję miodowej marchewki. W wyżej wspomnianym filmie jest nawet scena, w której jeden z kucharzy, obierając pieczonego buraka, pyta retorycznie: "ale ileż można jeść buraki?". I ja się pod tym westchnieniem znużonego kucharza podpisuję całym sercem!
O ile zasad sezonowości da się przestrzegać, o tyle lokalność to dla większości już tylko piękna idea. Nasze zglobalizowane podniebienia wiele składników obcego pochodzenia traktuje jako coś oczywistego


Bo o ile jeszcze w styczniu człowiek ma zapał kulinarny i zapieka, gotuje, miksuje, sieka wszystkie dostępne sezonowe warzywa, o tyle już w marcu kreatywność wyparowuje z garnka. I pozostaje znudzenie. A jak wiadomo od znudzenia już tylko krok do zdrady, również ideałów. I do wyjścia ze sklepu z cukinią czy pomidorem, które nie różnią się w smaku od ogórka z półki obok.

Chęć na kulinarny skok w bok dotyka i mnie.
I czasem się łamię, kupuję w styczniu bakłażana albo pędzone na azocie rzodkiewki. Smak tych grzeszków nigdy nie jest zadowalający, więc zawsze mam po tym kulinarnego kaca. I obiecuję sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię, po czym ze spuszczoną głową wracam do wzgardzonej brukselki albo kolejnej porcji duszonego jarmużu. Po pomidory czy ogórki sięgam kilka miesięcy później, kiedy mają już zapach i smak. I to wyczekiwanie ma swój urok, bo ono wzmaga apetyt i pozwala doceniać to, co natura serwuje nam w sezonie.

O ile zasad sezonowości da się przestrzegać, o tyle lokalność to dla większości już tylko piękna idea. Nasze zglobalizowane podniebienia wiele składników obcego pochodzenia traktują jako coś oczywistego. Banany, awokado, ananasy, kiwi, cytrusy, mango to tylko początek długiej listy produktów, które zanim dotrą na nasze stoły, mają za sobą długą podróż. Ilu z was sobie ich odmawia? Ilu z was nigdy nie sięgnie po oliwę czy choćby migdały?

Ja nie należę do tego grona i choć ta lokalność ładnie brzmi, w praktyce jest dla mnie niewykonalna. Z premedytacją kupuję oliwę, używam kaparów, trawy cytrynowej, liści limonki kaffir, mieszanek curry, za'ataru i wielu innych "obcych" składników. Zamykając się szczelnie w lokalności, skazałabym się na kulinarną nudę. A ja nie chcę odmawiać sobie podróży kulinarnych i poznawania nowych smaków.

Opinie (29)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

28

sierpnia

Fine Dining Week Trójmiasto,

07

września

Amber Fest 2019 Gdańsk, Stadion Energa Gdańsk

Rozrywka

Spór o jarmark na skwerze Świętopełka. MTG częściowo ustępuje mieszkańcom
Spór o jarmark na skwerze Świętopełka
Tabaka, wódka, piwo i... nosze. Za nami Trójbój Kaszubski
Trójbój Kaszubski: jedyny taki wyścig

Kultura

Nietypowy koncert na schodach Gdyńskiej Szkoły Filmowej
Nietypowy koncert na schodach GCF
Książka na wakacje: co czytamy latem?
Książka na wakacje: co czytamy latem?

Nowe lokale

Shrimp House

Bary
Gdynia
Antoniego Abrahama 26

Frytki Belgijskie

Fast food
Gdańsk
Karmelicka 1

Chianti Grill Bar

Restauracje
Sopot
gen. Kazimierza Pułaskiego 19/1

Planuj z nami tydzień