Restauratorzy o uldze koncesyjnej: "To symboliczny gest, a nie realna pomoc"

Ulga koncesyjna, którą oferują samorządy, to zdaniem przedsiębiorców miły gest, ale o nieodczuwalnej wartości. Co więcej, ulga dotyczy sprzedaży stacjonarnej, a tego restauracje obecnie robić nie mogą.
Ulga koncesyjna, którą oferują samorządy, to zdaniem przedsiębiorców miły gest, ale o nieodczuwalnej wartości. Co więcej, ulga dotyczy sprzedaży stacjonarnej, a tego restauracje obecnie robić nie mogą. fot. Jack’s Bar Gdańsk White Rabbit Saloon/Facebook

Zwolnienie branży gastronomicznej z obowiązku płatności jednej raty koncesji za sprzedaż alkoholu na miejscu - w taki sposób rząd, za pośrednictwem samorządów, udziela wsparcia restauratorom. Zdaniem przedsiębiorców to miły gest, ale rozwiązanie żadne, bo ulga jest tak niewielka, że praktycznie nieodczuwalna, a sprzedawać alkoholu stacjonarnie i tak nie mogą. Jakie zatem rozwiązania odciążyłyby budżety przedsiębiorców na tyle, aby po opłaceniu rachunków nie byli na minusie?



Trójmiasto zwalnia gastronomię z części opłat za sprzedaż alkoholu



Jak często zamawiasz jedzenie z dostawą do domu?

częściej niż kilkanaście razy w miesiącu 5%
kilkanaście razy w miesiącu 7%
kilka razy w miesiącu 32%
nie częściej niż raz w miesiącu 14%
rzadziej niż raz w miesiącu 16%
nie zamawiam jedzenia z dostawą do domu 26%
zakończona Łącznie głosów: 248
W czwartek, 28 stycznia, prezydenci Wojciech Szczurek, Aleksandra Dulkiewicz i Jacek Karnowski przekazali swoim radom miast projekty uchwał zwalniających przedsiębiorców branży gastronomicznej z obowiązku płatności jednej raty koncesji za sprzedaż alkoholu na miejscu.

Projekt przewiduje także zwrot równowartości jednej raty tym przedsiębiorcom, którzy w styczniu dokonali już opłaty pełnej stawki za cały rok 2021 z góry. Będzie to forma rekompensaty za te miesiące pandemii, w czasie których sprzedaż alkoholu - i tym samym korzystanie z koncesji - była niemożliwa. Zwolnienie z opłat będzie dotyczyć przedsiębiorców opłacających koncesję na sprzedaż napojów alkoholowych przeznaczonych do spożycia w miejscu sprzedaży, a więc w restauracjach, barach, kawiarniach, pijalniach. Uchwały w tej sprawie przygotowywane były w porozumieniu między miastami po to, by przepisy miały jednolity kształt w całym Trójmieście.

Gastronomia otwiera się pomimo obostrzeń



Branża gastronomiczna potrzebuje wsparcia realnego, a nie symbolicznego



Restauratorzy od miesięcy walczą o przetrwanie. Pomoc z zewnątrz, szczególnie ze strony rządu czy samorządów, może uratować wiele biznesów od upadłości. Ważne jednak, aby wypracować rozwiązania korzystne dla obu stron, a nie jedynie prowizoryczne. A za takie właśnie restauratorzy uznają oferowaną przez samorządy ulgę koncesyjną.

- Ulga koncesyjna jest jak kwiatek - niby niewiele kosztuje, a cieszy - mówi Bogdan Wasilewski, szef Mon Balzac. - To bardzo miły gest, ale proszę mieć na uwadze, że mówimy o bardzo niewielkich kwotach. W moim przypadku to ok. 0,2 proc. miesięcznych kosztów prowadzenia lokalu. Poza tym decyzja ma się uprawomocnić dopiero w marcu, a jeśli chcemy sprzedawać alkohol, to deklarację i tak musieliśmy złożyć. Umorzona jest tylko pierwsza rata.
- Koncesja na alkohol to jeden z czynników, które obciążają nasze budżety, w dodatku bardzo niewielki - dodaje Jacek Czauderna, właściciel restauracji White RabbitFahrenheit, prezes zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej. - Zwolnienie nas z jednej raty jest jakąś tam formą pomocy finansowej, ale w czasie, kiedy 80 proc. lokali mamy zamkniętych i nie generują one żadnych obrotów alkoholowych, zdecydowanie bardziej korzystne byłoby, gdybyśmy wspólnie wypracowali sprzedaż alkoholi na wynos, dla dorosłych. To jest możliwe i bez wątpienia bardzo by pomogło tym, którzy mają otwarte lokale na dowozy i donosy bądź z możliwością odbioru na miejscu. Niestety, rząd postawił na takie działania szlaban, nie pozostawiając nam żadnego pola manewru.
Ulga koncesyjna nie cieszy nawet tych właścicieli lokali, którzy posiadają zgodę na "sklepową" sprzedaż alkoholu.

- Mam podwójną koncesję, gastronomiczną i detaliczną, więc mogę działać jak sklep i sprzedawać butelki na wynos. Jedna rata to w moim przypadku 350 zł. Sami więc państwo widzą, że wysokość ulgi, w porównaniu do kosztów, jakie co miesiąc ponosimy, jest niewielka - mówi Leszek Chamerski, właściciel gdyńskiej Francy. - Póki co Gdynia nie spieszy się z przyjęciem uchwały - Rada Miasta ma się do tego odnieść dopiero pod koniec lutego.

Klub Wolność walczy z obostrzeniami - relacja z konferencji prasowej



Restauratorzy deklarują, że są w stanie pracować w najwyższym reżimie sanitarnym, zapewniając gościom bezpieczeństwo. Od rządu oczekują szczególnie tego, aby pozwolono im w końcu stacjonarnie obsługiwać gości.
Restauratorzy deklarują, że są w stanie pracować w najwyższym reżimie sanitarnym, zapewniając gościom bezpieczeństwo. Od rządu oczekują szczególnie tego, aby pozwolono im w końcu stacjonarnie obsługiwać gości. fot. Piotr Hukało/Trojmiasto.pl

Po pierwsze - równe zasady dla wszystkich restauracji w Polsce



Choć obecnie nie mogą gościć swoich klientów przy stolikach, restauratorzy nie tracą nadziei, że wkrótce to nastąpi. Czas stagnacji chcieliby wykorzystać na przystosowanie lokali do nowych warunków pracy. Niestety, nie ma nigdzie informacji, jak ta nowa rzeczywistość miałaby wyglądać.

- Pierwszym, co należałoby wprowadzić, jest jednolity protokół sanitarny, zatwierdzony przez Główny Inspektorat Sanitarny (GIS), stopniowego odmrażania polskiej gastronomii - mówi Jacek Czauderna . - Dziś nie wiemy, na jakich zasadach mamy zostać otwarci. Jedni mówią o pleksi między stolikami, sanepid w innym powiecie twierdzi, że płyty pleksi są niepotrzebne. To wprowadza niepotrzebne zamieszanie.
W chwili, kiedy restauratorzy opracowują plan przystosowania lokali do wznowienia działalności, urzędnicy rozmyślają nad estetyką. Przynajmniej takie chodzą słuchy...

- Słyszałem, że po lockdownie miasto chce sprowadzać okrągłe parasole do ogródków restauracyjnych - mówi szef jednej z restauracji w centrum Gdańska (nazwisko znane redakcji). - Jeśli to prawda, to byłoby to - pozwalając sobie na eufemizm - skrajnie niepoważne. W obecnym momencie takie rozważania i dyskusje w ogóle nie powinny mieć miejsca.

Po drugie - stopniowe odmrażanie gospodarki, uzależnione od liczby zakażeń i wyzdrowień



Jeszcze niedawno zasady funkcjonowania lokali gastronomicznych uzależnione były od liczby zakażeń w danym regionie. Aby łatwiej było się w tym "połapać", wprowadzono - kierując się właśnie liczbą wykrytych zakażeń - podział na strefy zieloną, żółtą i czerwoną.

Jeśli rząd pozwoli nam przyjmować gości, nawet w ograniczonym zakresie, to właśnie inspektorów sanepidu i policjantów ugościmy w pierwszej kolejności. Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić przez ostatnie tygodnie. Poważnie! Wbrew temu, co się mówi, podczas takich interwencji nie leje się krew i nikomu nie dzieje się krzywda.
Obecnie Ministerstwo Zdrowia, o czym nie wszyscy wiedzą, zrezygnowało z tego podziału. Planuje się go wznowić w chwili, kiedy rozpocznie się odmrażanie gospodarki. Dzięki temu łatwiej byłoby sterować procesami przywracania gospodarki do przedpandemicznej funkcjonalności.

Restauratorzy na bieżąco śledzą raporty sanepidu, wyczekując momentu, w którym możliwe będzie zezwolenie im, nawet symbolicznie, na stacjonarną obsługę gości. Zdaniem wielu przedsiębiorców ten właściwy moment jest właśnie teraz.

- Moim zdaniem, kierując się raportami sanepidu z ostatniego miesiąca, na spokojnie można by pozwolić na działalność stacjonarną przy obłożeniu choćby 10 proc. - mówi Jacek Czauderna, szef klubów Fahrenheit i White Rabbit. - Każdy restaurator wie, ile jest miejsc siedzących. Nawet policja, podczas ewentualnych kontroli, nie miałaby problemu, aby ocenić, czy restauratorzy działają zgodnie z prawem - w jednej chwili można policzyć, ile jest krzeseł, a ile faktycznie zajętych miejsc. Jeśli sytuacja się poprawi - zakażenia spadną, zwiększy się liczba wyzdrowień, możemy stopniowo dorzucać kolejne 10 proc. miejsc, aż dojdziemy do pełnego obłożenia. Jeśli natomiast słupek zakażeń skoczy, w jednej chwili to obłożenie stosownie zmniejszyć. Jest to rozwiązanie bardzo łatwe do wprowadzenia i egzekwowania, a realnie przełożyłoby się na poprawę naszej sytuacji.
Podobnego zdania jest inny gdański restaurator.

- Jeśli chodzi o ratowanie gastronomii, to widzę dwie opcje - większa pomoc finansowa ze strony państwa albo zgoda na stopniowe otwieranie restauracji - uważa z kolei Bogdan Wasilewski, szef restauracji Mon Balzac. - Markety są otwarte i zatłoczone, ludzie jeżdżą tramwajami ściśnięci jak w puszce sardynek, więc dlaczego nie pozwolić restauracjom na udostępnienie gościom połowy miejsc? To przecież nielogiczne. Byłoby to rozwiązanie bezpieczne, pomagające opłacić koszty. Od marca zyskiem jest dla nas bowiem brak straty - opłata czynszu, rachunków, wypłacenie pensji. O wyjściu na plus nikt nawet nie marzy. Wyjście na zero to w tym momencie największe marzenie restauratorów, którzy działają bez finansowego wsparcia z zewnątrz - ze strony rodziny czy innych biznesów, których prowadzenia nie ogranicza pandemia.
Otwarcia restauracji wyczekują nie tylko przedsiębiorcy...

- Policjanci, którzy regularnie kontrolują nasz lokal, kilka dni temu powiedzieli, że mają już dość tych pozbawionych sensu interwencji. Skoro jednak muszą nas tak regularnie odwiedzać, aby sprawdzić, czy klienci nie grają w warcaby [chodzi o maskowanie nielegalnej działalności aktywnościami, które w lokalach są dozwolone - dop. red.], to niech już stanie te kilka stolików, przy których ludzie normalnie zjedzą obiad. Bez konieczności gry w warcaby - śmieje się pracownik jednej z sopockich restauracji (nazwisko znane redakcji). - Kiedy ostatnio mieliśmy "nalot" policji i sanepidu, śmialiśmy się, że jeśli rząd pozwoli nam przyjmować gości, nawet w ograniczonym zakresie, to właśnie inspektorów sanepidu i policjantów ugościmy w pierwszej kolejności. Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić przez ostatnie tygodnie. Poważnie! Wbrew temu, co się mówi, podczas takich interwencji nie leje się krew i nikomu nie dzieje się krzywda. Jeśli oczywiście lokale grają fair i atakowaniem służb nie próbują odwrócić uwagi od własnej, nielegalnej działalności.


Według szacunków ekspertów w czasie pandemii w wielu lokalach gastronomicznych zyski spadły nawet o 90 proc., a blisko 30 proc. z tych miejsc może nie przetrwać kryzysu i na stałe zniknie z kulinarnej mapy Polski.
Według szacunków ekspertów w czasie pandemii w wielu lokalach gastronomicznych zyski spadły nawet o 90 proc., a blisko 30 proc. z tych miejsc może nie przetrwać kryzysu i na stałe zniknie z kulinarnej mapy Polski. fot. Piotr Hukało/Trojmiasto.pl

Polska to nie Ameryka - zamawianie jedzenia na wynos jeszcze nie weszło nam w nawyk



Póki nie będzie racjonalnego planu odmrażania branży gastronomicznej, inne formy pomocy nie będą optymalne.
Z dowozem, "donosem" albo odbiorem własnym - restauracje w Polsce mogą sprzedawać jedzenie wyłącznie na wynos. Polacy zamawiają jedzenie znacznie chętniej niż jeszcze przed rokiem, ale nadal daleko nam pod tym względem do Ameryki, do której - podczas tłumaczenia zasadności wprowadzanych obostrzeń - lubią przyrównywać nasz kraj politycy.

- W USA ok. 70-80 proc. społeczeństwa stołuje się poza domem. W Polsce jest to niecałe 10 proc. - podkreśla Jacek Czauderna. - Jaki jest zatem sens porównywać jabłko do gruszki? Ministrowie zapewne by powiedzieli, że tak samo wygląda, tak samo smakuje. Czy aby na pewno? Ja czuję i widzę wyraźną różnicę.
- Póki nie będzie racjonalnego planu odmrażania branży gastronomicznej, inne formy pomocy nie będą optymalne - dodaje szef restauracji znajdującej się w pasie nadmorskim (nazwisko znane redakcji). - Obecnie branża jest bardzo podzielona. Część, jak np. sieci serwujące sushi, pizzę czy fast food, oczywiście świętuje, część jest całkowicie zamknięta, część chwyta się brzytwy, realizując dowozy/wynosy, co choć troszkę kompensuje koszty stałe, ale na tym nie zarabiają. 80 proc. rynku jest całkowicie zamknięte. Jest oczywiście jeszcze podziemie gastronomiczne, które działa, choć nie powinno, ale nad tym nie będę się rozwodził, bo nie kala się własnego gniazda.

Brak logiki w działaniach rządu i chęci poszukania sensownego kompromisu



Dlaczego przedsiębiorcy tak kurczowo trzymają się swoich biznesów, zamiast je zamknąć i poszukać pracy w innym sektorze gospodarki?

- To już nawet nie chodzi o ratowanie miejsc pracy, bo ci, którzy walczyli tylko po to, niejednokrotnie przegrali - opowiada jeden z gdyńskich restauratorów (nazwisko znane redakcji). - Wielu z nas wzięło kredyty na prowadzenie działalności, lokal, sprzęt czy wyposażenie. Jeśli teraz się zamkniemy, zostaniemy z długami i już się nie podniesiemy. Ja nie mam bogatych rodziców, którzy finansowo pomogą, ani innego biznesu, który przez pandemię nie ucierpiał i który pomagałby mi utrzymać się na powierzchni. Wszystkie oszczędności i pieniądze z niemałego kredytu zainwestowałem w restaurację. Dla mnie to walka o życie.
Przedsiębiorcy podkreślają też, że w wyniku niekonsekwencji rządu wielu z nich nie może liczyć na żadną pomoc, choć do obostrzeń stosować się muszą.

- Moim zdaniem rząd nie ma pomysłu na żadne sensowne rozwiązanie, dlatego nawet nie inicjuje merytorycznego dialogu - mówi Jacek Czauderna, prezes zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej. - Zamykali nasze biznesy bez PKD [Polska Klasyfikacja Działalności - dop. red.], a teraz uzależniają udzielenie pomocy od klasyfikacji działalności gospodarczej, co uważam za podejście bardzo nieuczciwe. Skoro nasi drodzy rządzący bez klasyfikacji zamykali, to nie powinna stanowić kryterium podczas ustalania tego, komu pomoc się teraz należy. Firmy, które otworzyły się krótko przed pandemią, nawet nie mogą wystąpić o wsparcie, bo nie mają okresu porównawczego. Nie otrzymają ani złotówki ani z pierwszej Tarczy Finansowej PFR (Polskiego Funduszu Rozwoju), ani z drugiej.
- Brakuje konkretnych dopłat w ramach tarczy, ulg z ZUS-u, dopłat do wynagrodzeń, aby utrzymać miejsca pracy. To są rozwiązania, które realnie byłyby odczuwalne i poprawiły sytuację, bo obniżyłyby stałe koszty prowadzenia interesu - mówi Bogdan Wasilewski z Mon Balzac. - Kiedy wyszła pierwsza tarcza, faktycznie trochę poczuliśmy ulgę. Teraz wielu gastronomów czeka na wsparcie, jakim ma być tarcza nr 2. Nie słyszałem jeszcze, żeby ktoś miał pieniądze na koncie, ale powoli powinny wpływać. Nie wiem jeszcze, jakiej skali będą to pieniądze, ale nie wykluczam, że może na chwilę pozwoli nam to odetchnąć. Szczególnie, że od października mamy depresję.

"Jeśli chcemy powrotu do normalności, musimy ją najpierw na nowo zdefiniować"



Musimy wrócić do normalności, ale żeby tak się stało, należy ją najpierw zdefiniować, bo obecnie nikt nie jest nam w stanie wytłumaczyć, jak taka normalność ma wyglądać.
Czy jeżeli rząd wyciągnie rękę w postaci zezwolenia na 10 proc. obłożenia, to wystarczy, aby restauracje zaniechały nielegalnej działalności, zasłaniając się grą w warcaby, kręceniem teledysków czy organizowaniem szkoleń?

- Myślę, że jeśli ktoś obieca nam, że będziemy mogli normalnie i bez stresu wykonywać zgodnie z prawem swoją pracę, to przystaniemy na te warunki - mówi Jacek Czauderna. - Obecnie na oślep działamy my, miota się sanepid, bo nie bardzo wie, co i jak ma kontrolować podczas takich kontroli, czy wejść na kuchnię, czy nie. Podobnie z policją. Myślę, że musimy wrócić do normalności, ale żeby tak się stało, należy ją najpierw zdefiniować, bo obecnie nikt nie jest nam w stanie wytłumaczyć, jak taka normalność ma wyglądać.

Niedawno zapytano panią Olgę Semeniuk, wiceszefową MRPiT, dlaczego nie mogą nam zezwolić na sprzedaż alkoholi z dowozem. W odpowiedzi usłyszeliśmy "bo nie". Kiedy drążyliśmy temat jednolitej stawki 8 proc. VAT na wszystkie usługi gastronomiczne, w tym napoje, i prosiliśmy o merytoryczną argumentację odmowy, usłyszeliśmy, że nie można zastosować takiego rozwiązania, bo sklepy detaliczne będą pokrzywdzone. Naprawdę ktoś zrównuje serwowanie przez nas alkoholu z kupowaniem go w sklepie? Dla ministerstwa zdjęcie puszki piwa z półki i włożenie jej do koszyka jest tożsame z widowiskiem, jakie podczas wyboru i serwowania alkoholu serwują swoim gościom restauracje? Ministerstwo znowu porównuje jabłko do gruszki! Polska nie jest krajem, w którym całe społeczeństwo każdą chwilę spędza w restauracjach. Poza tym to nie gastronomia jest siedliskiem koronawirusa, choć tak się powszechnie uważa - jesteśmy w stanie zadbać o zachowanie dystansu, wentylację, pracować z zachowaniem zasad reżimu sanitarnego, ograniczając liczbę gości do wymaganego minimum. Kierując się takimi samymi kryteriami, za największe zagrożenie powinniśmy uznać szkoły, a dzieci za najgroźniejszych i najliczniejszych w skali kraju roznosicieli wirusa.

Jacek Czauderna podkreśla, że Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej wraz ze wszystkimi organizacjami przedsiębiorców zamierza konsekwentnie dążyć do tego, aby wprowadzono jednolity podatek VAT od wszystkich usług gastronomicznych.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (89)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

BUFET WŁOSKI Pasta e Vino
BUFET WŁOSKI Pasta e Vino
degustacja
g. 18:00 - 22:30
Sopot, Sheraton
Miesiąc kubański w Oria Magic House
Miesiąc kubański w Oria Magic House
degustacja
wrz 1-13.10
Gdańsk, Oria Magic House
Muzyka na żywo - Restauracja Magiel
Muzyka na żywo - Restauracja Magiel
muzyka na żywo, degustacja
g. 19:00
Gdańsk, Restauracja Magiel

Nowe Lokale

Wkrótce otwarcie